Styl obecności w społeczeństwie. Konstytucje i dyrektorium zgromadzenia ks. marianów (KiD, 108-114) - konferencja duchowna

ks. bp Andrzej Siemieniewski

STYL OBECNOŚCI W SPOŁECZEŃSTWIE.
KONSTYTUCJE I DYREKTORIUM ZGROMADZENIA KS. MARIANÓW (KiD, 108-114)
(konferencja duchowna)

„Sobór Watykański II polecił wszystkim rodzinom zakonnym przeprowadzenie wnikliwej rewizji życia i ustaw pod kątem zarówno odnowionej wierności względem Ewangelii i pierwotnego ducha własnego instytutu, jak też rozumnego przystosowania do współczesnych warunków i ludzkich potrzeb”[1] − tak czytamy we wstępie do Konstytucji i Dyrektorium Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny wydanych w Warszawie w 1991. Z soborowego zalecenia wynika jasno, że we wspomnianych dokumentach Zgromadzenia możemy poszukiwać dwóch uzupełniających się tendencji. Pierwsza tendencja skierowane winna być w przeszłość, ku początkom wspólnoty Kościoła opisanym w Ewangelii oraz ku początkom samego Zgromadzania. Drugie spojrzenie ma się natomiast kierować w przyszłość, obejmując refleksję nad obecnością księży marianów w ciągle zmieniającym się świecie, który nas otacza. Oba kierunki refleksji mają być − według soborowej zachęty − właściwe dla każdej wierzącej wspólnoty chrześcijan połączonych wspólnym powołaniem do życia w zakonie lub zgromadzeniu. Owo soborowe polecenie odnosi się więc także do księży marianów, którzy podjęli dzieło modlitewnego i intelektualnego wysiłku przemyślenia i przeformułowania dokumentów fundamentalnych dla mariańskiej wspólnoty.

Jednym z podjętych na nowo zagadnień jest stosunek do społeczeństwa. Kwestia ta została omówiona w IV rozdziale Konstytucji, w punktach 108-114. Zanim jednak zastanowimy się bezpośrednio nad tym tematem warto przygotować grunt do refleksji przez przypomnienie ogólniejszego sensu soborowego wezwania do rewizji sposobu życia rodzin zakonnych.

Na pierwszym miejscu pożyteczne będzie zastanowić się, na ile pomocne jest w lekturze posoborowego dokumentu mówienie o „soborowej rewolucji”. To sformułowanie bywa spotykane niekiedy w literaturze teologicznej. Jeszcze częściej jest po prostu zakorzenione jako wyobrażenie o radykalnym przełomie w historii współczesnego Kościoła, który to przełom miał się dokonać właśnie w czasach Vaticanum Secundum. Warto więc przyjrzeć się, na ile stosowanie tego wyrażenia jest usprawiedliwione, a na ile powinno podlegać stosownej korekcie. Po drugie − ustalić trzeba, na jakich warunkach chrześcijanin mówi o właściwym ujęciu swojego stosunku do społeczeństwa (które pewnie dawniej określono by sformułowaniem „ten świat”): czy chodzi o to, by upodobnić się do wymagań ducha czasów? A co począć, jeśli duchem czasów tego świata nie jest bynajmniej Duch Święty? To drugie ważne zagadnienie wstępne, które warto podjąć dla właściwego zrozumienia czwartego rozdziału mariańskich Konstytucji.

1. Soborowa rewolucja

Lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku zdominowane były w zagadnieniach społeczno-politycznych atmosferą konfrontacji między wyznawcami marksizmu a tymi, którzy odrzucali materializm historyczny jako podstawową wizję świata. Słowo „rewolucja” było na ustach wszystkich: jedni wypowiadali je z nabożną czcią jako zwiastuna jutrzenki wolności ludzkich społeczeństw. Inni wymawiali to słowo z obawą, gdyż zapowiadało chaos i totalne zniszczenie. Zwolennicy rewolucyjnych zmian sami siebie określali mianem „sił postępowych”, a swoich przeciwników − „siłami reakcyjnymi” lub „wstecznymi”.

Dlaczego warto przypomnieć na wstępie refleksji o Konstytucjach Zgromadzenia księży marianów te odległe dziś elementy kultury i mentalności lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych minionego stulecia? Otóż można się obawiać, że niektórzy aktywni uczestnicy kościelnego życia epoki Soboru Watykańskiego II i pierwszych lat posoborowych przejęli wzorce kultury tego świata do tego stopnia, że przenieśli je − często może bezrefleksyjnie − jako narzędzie interpretacji życia Kościoła katolickiego. Współczesny etap historii wspólnoty uczniów Jezusa Chrystusa zaczął być wtedy postrzegany jako radykalnie i dramatycznie podzielony na dwie części: etap przedsoborowy i okres posoborowy. Słowo „przedsoborowy” zaczęło dla niektórych teologów oznaczać coś z definicji złego, zacofanego, a może nawet reakcyjnego i wstecznego. Stąd ocena czyjeś postawy jako „przedsoborowej” brzmiała jeśli nie wprost jako obelga, to na pewno jako ciężki zarzut. Z kolei podkreślenie, że jakieś elementy życia (na przykład liturgia lub zwyczaje zakonne) są „posoborowe”, automatycznie oznaczało ich aprobatę i stosowną postępowość. Łatwo zauważyć tu mechanizmy mentalności rewolucyjnej przeniesione na teren Kościoła: choć zaczerpnięte z mentalności właściwej partiom dalekim od wiary, kształtowały sposób myślenia i język niektórych interpretatorów myśli soborowej.

A jednak zdecydowanie nie to ma się na myśli mówiąc prawdziwie po katolicku o soborowej odnowie Kościoła. W języku chrześcijańskim słowo „odnowa” oznacza nie rewolucyjne zerwanie z tradycją i podział historii na czas przed rewolucją i okres po niej. Słowo to wypowiedziane w Kościele opisuje raczej wysiłek powracania do źródeł. A źródła są te same dla wszystkich wieków chrześcijaństwa: najpierw księgi Biblii, zwłaszcza Nowego Testamentu z czterema Ewangeliami na czele; potem zaś teksty fundamentalne dla zgromadzeń i zakonów, w których przed wiekami lub dziesięcioleciami uchwycony został darowany przez Boga charyzmat założyciela i charyzmat zapoczątkowanej przez niego wspólnoty.

Określenie „soborowa rewolucja” jest jak najbardziej poprawne, ale pod warunkiem, że wzorca do jego zrozumienia nie czerpiemy z rozpolitykowanej atmosfery konfrontacji partyjnych lat sześćdziesiątych. Wzorzec ten pochodzi z Ewangelii Jezusa Chrystusa. To On przyniósł światu rewolucję nadejścia Królestwa, o którym jednak powiedział: „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18,36).

Rewolucja, której Bóg oczekuje od Kościoła każdej epoki, a więc i naszych czasów, wymaga odwołania się do łacińskiej etymologii słowa revolutio. Ten łaciński termin mógł oznaczać ruch ciał niebieskich wokół punktu centralnego: w tym sensie chrześcijanie są jak najbardziej rewolucjonistami, gdyż ich podróż przez historię grawituje nieustannie ku centralnemu punktowi, którym jest nieodmiennie Jezus Chrystus. To samo łacińskie słowo revolutio mogło też oznaczać „ponowne czytanie” albo „rozwinięcie zwoju księgi”, by przypomnieć sobie jej orędzie. W tym znaczeniu chrześcijanie też oczywiście są rewolucyjni: powracają do Ewangelii o swoim Mistrzu i w tym celu rozwijają nieustannie zwój świętej księgi.

Do takiej więc rewolucji wzywał Sobór. Ma być ona wzorowana nie na partyjnych wzorcach rewolucjonistów, dla których czasy minione były godne jedynie odrzucenia według znanego hasła: „przeszłości ślad dłoń nasza zmiata”. Pożądana w Kościele rewolucja zawsze odwołuje się do umiłowanej i cenionej Tradycji, ponieważ zawiera dwadzieścia wieków historii chrześcijańskiego uczniostwa.

2. Kto kogo?

Drugi, podobny problem łączy się już bardziej bezpośrednio z zagadnieniem poruszanym w mariańskich Konstytucjach w punktach 108-114, czyli ze stosunkiem członków Zgromadzenia do społeczeństwa. Wspomniana mentalność rewolucyjna (w specyficznie politycznym tego słowa znaczeniu) objawiała się też niekiedy w pewnych kręgach chrześcijańskich lękiem przed pozostaniem na pozycjach „nienowoczesnych’. Charakteryzowała ją obawa, że ktoś oceni chrześcijan jako ludzi „zacofanych”. Stąd soborowe postawienie zadania przemyślenia na nowo obecności Kościoła (a w tym i zgromadzeń zakonnych) w społeczeństwie jawiło się teologom pewnego typu jako oczywiste wezwanie do… asymilacji!

Miarą miało stać się już nie to, jakimi powinniśmy być jako chrześcijanie, ale jakimi trzeba się stać, aby nie odróżniać się zbytnio od reszty społeczeństwa w pogoni za nowoczesnością. Niekiedy więc soborowy program „rozumnego przystosowania do współczesnych warunków” zamieniony bywał na nierozumne dążenie do upodobnienia się za wszelką cenę do otaczającego świata. Był to program duchowego kameleona pragnącego za wszelką cenę nie utracić aprobaty piewców nowoczesności. Zamiast tego zyskał (oczywiście) jedynie wzgardliwe wzruszenie ramion: sól, która utraciła swój smak, kiedy minie atrakcja szokującej nowości, po krótkotrwałym wykorzystaniu w medialnej debacie nadaje się już tylko na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.

Jeśli więc powtarzamy soborową frazę o „rozumnym przystosowaniu” to oczywiście pamiętając, że apel ten jest echem słów wypowiedzianych prawie dwadzieścia wieków wcześniej przez Apostoła. A słowa te brzmiały:

„A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12, 1-2).

Prawdziwą miarą stosowności koniecznego, ewangelicznego przystosowania do szybko zmiennych warunków, w jakich znaleźliśmy się jako chrześcijanie, nie jest więc duch tego świata, ale raczej jest nią wola Boga objawiona w Piśmie świętym i w Tradycji Kościoła. Polityczni rewolucjoniści stawiali pytanie „Kto kogo?” − kto kogo zwycięży i kto ostatecznie przekształci społeczeństwo na swoją modłę? Na echo takiego pytania chrześcijaninowi nie wypada odpowiadać głosem kapitulacji: świat zmieni uczniów Chrystusa na swoje podobieństwo i dzięki temu staniemy się tacy jak wszyscy. Ewangelia wzywa nas przecież do dokładnie odwrotnego stawiania sprawy: znakiem prawdziwego uczniostwa jest odmienność od ducha tego świata.

Chrześcijańskie wartości, ewangeliczne kryteria, duchowa logika postępowania i Boże rachuby w ważeniu tego, co warto, a czego nie warto w życiu podejmować: oto wymagana przez Ewangelię odmienność w stosunku do tego świata. „Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata” (J 17, 15-16).

Obie postawy − zaangażowania w rewolucję Ewangelii oraz pielęgnowania ewangelicznej odrębności od tego świata − muszą zrównoważyć się w dobrze pojętym spotkaniu chrześcijanina ze społecznym otoczeniem, co w czasach powszechnej globalizacji oznacza zwykle również kontakt z ludźmi wobec chrześcijaństwa obojętnymi, a czasem nawet nastawionymi niechętnie. „Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat»” (J 16, 33).

Mając na oku te dwa uściślenia, z których jedno precyzuje prawdziwie chrześcijańskie pojęcie rewolucji, a drugie − autentycznie ewangeliczny stosunek do otaczającego świata, przejdźmy do rozważania konkretnych wskazań zawartych w Konstytucjach.

3. Zakonnik w kręgu zobowiązań

a. więzy rodzinne

Członek zgromadzenia marianów jest wezwany na pierwszym miejscu do codziennej miłości tych, których nazywa współbraćmi, a więc do członków swojego zgromadzenia. Jednak przecież gratia non destruit, sed perficit naturam. Dlatego naturalna miłość bazująca na więzach rodzinnego pochodzenia nie ma być przeciwstawiana duchowej miłości współbraci, ale raczej obie powinny zintegrować się w życiu osoby powołanej do drogi zakonnej. Z tego powodu „współbracia naturalną miłość krewnych, rodaków i samej ojczyzny niech starają się przekształcać na duchową” (K 108). Warto czytać te słowa w świetle sięgającej czasów biblijnych tradycji dotyczącej tej sprawy. Apostoł pisał w liście do Tymoteusza: „Jeśli kto nie dba o swoich, a zwłaszcza o domowników, wyparł się wiary i gorszy jest od niewierzącego” (1 Tm 5,8). Zobowiązania rodzinne i domowe nie zanikają po odkryciu powołania zakonnego, chociaż oczywiście przekształcają się stosownie do sposobu życia w zgromadzeniu. Św. Paweł wcześniej wyróżnił spośród dziesięciu przykazań jedno, mianowicie dotyczące rodziców: „Czcij ojca twego i matkę − jest to pierwsze przykazanie z obietnicą − aby ci było dobrze i abyś był długowieczny na ziemi” (Ef 6,2). „Pierwsze przykazanie z obietnicą” − słowa te wskazują na zależność Bożego błogosławieństwa nie tylko od podtrzymywania ale także pogłębiania naturalnych więzów rodzinnych (nawet jeśli by zdarzyło się, że nie będą równocześnie więzami wiary!).

b. szersze zobowiązania społeczne

Wiele wyważonej dbałości o właściwą postawę trzeba będzie przy dostosowaniu się do kolejnego zalecenia Konstytucji: „wobec miejscowego rządu, urzędów i osób piastujących władz, jeśli niczego niesprawiedliwego nie polecają, niech starają się być lojalni” (K 111). Niełatwo zachować tu stosowną miarę w najróżniejszych sytuacjach polityczno-społecznych zdarzających się w rozmaitych krajach i na odmiennych historycznych etapach. Można popaść w tej mierze w przesadę w jedną lub w drugą stronę. Można, po pierwsze, przylgnąć do władzy politycznej tylko dlatego, że dysponuje przydatną siłą, co wydaje się korzystne do realizowania celów Kościoła. Można jednak, z drugiej strony, kontestować władzę jedynie z tego powodu, że reprezentuje autorytet. Ścieżka między służalczością a anarchizmem jest wąska, jak to zwykle na chrześcijańskiej drodze bywa.

Trzeba więc sięgać nie tylko do słownej formuły, ale także wzorować się na wielowiekowym, praktycznym doświadczeniu Kościoła. Szlak ten zaczynali wskazywać przez dwudziestu wiekami Apostołowie: „Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi! Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi” (Rz 12, 17-18), pisał Apostoł Paweł, a Piotr dodawał: „Wszystkich szanujcie, braci miłujcie, Boga się bójcie, czcijcie króla!” (1 P 2, 17).

Obok tak rozumianych zobowiązań wobec społeczności państwowej, znajdują się w tekście Konstytucji również wskazania dotyczące zobowiązań bardziej powszednich: „pracowników zatrudnionych przy placówkach Zgromadzenia, niech odpowiednio i sprawiedliwie wynagradzają, życzliwie traktują, jak również niech troszczą się o ich dobro duchowe” (K 110), co brzmi jak echo apostolskich napomnień: „Nikomu nic winni nie bądźcie prócz miłości wzajemnej; kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo” (Rz 13,8). A troska, aby współbracia „pod każdym względem okazali się nienaganni i zasłużyli na szacunek i dobre imię u ludzi” (motywowana w Konstytucji wersetem ewangelicznym „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” − Mt 5,15) to nic innego jak wcielanie w życie hasła życia pierwotnego Kościoła: „Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko!” (Flp 4, 4-5).

***

Postrzegając członka zgromadzenie w rozszerzających się kręgach zobowiązań − miłości naturalna rodziców i bliskich, przyjaźni, relacji ze współpracownikami, rodakami i ojczyzną, obecności w szerokiej społeczności politycznej − Konstytucje nie zapominają o tym, że właściwy stosunek do każdej z tych grup osób jest możliwy tylko przy dobrze uformowanej postawie wewnętrznej. Serce marianina ma charakteryzować się darem Chrystusowego pokoju promieniującego na otoczenie oraz darem Ducha Świętego. Na nic zdałoby się staranie o zewnętrzne formy, jeśli zabrakłoby pamięci o tym, że miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie to owoce Ducha: „przeciw takim cnotom nie ma Prawa” (por. Ga 5,22).

Przypisy

[1] KiD (Konstytucje i Dyrektorium Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, Warszawa 1991), Wstęp, s. 36.